Było i nie minęło
Dodane przez admin dnia Październik 25 2011 13:00:00
Czerniejewo nie jest wielkie, zresztą, ja mieszkam blisko jego głównej i pięknej ulicy, a kiedy dobiega mnie stamtąd charakterystyczny jęk syreny przemieszczający się w stronę Gniezna, to jestem prawie pewien kto zacz. Wystarczy spojrzeć przez okno. Najpierw jedzie zielony łazik z wyjącą tubą, a za nim samochód ciężarowy z „bombami”. To saperzy z Inowrocławia wracają z kolejnej akcji w czerniejewskich lasach. Wojna skończyła się dawno, ale czy to się kiedyś skończy? Owszem, wraz z nadejściem zimy, a tak naprawdę, to może za sto lat…
Treść rozszerzona
Kiedy byłem małym szczylem, ale chodziłem już do szkoły - może była to pierwsza klasa podstawówki - empirycznie doświadczyłem skutków eksplozji nie znanego mi przedmiotu który zawierał w sobie - jak się okazało - „materiał rozrywkowy”. Rzecz w tym, że ja już wtedy „znałem” się na amunicji i z tego typu artefaktem nie obchodziłbym się tak obcesowo. Ale to nie był zwykły nabój, więc „starsi i mądrzejsi” powinni mi wybaczyć fakt, że do wydobycia ołowianego czopa tkwiącego w miedzianej tutce, użyłem wtedy kilogramowego młotka… Narzędzie było skuteczne, bo bez trudu spowodowało eksplozję, po której doznałem totalnego odlotu i fakt że jeszcze żyję, należy chyba uznać za zjawisko z rzędu para normalnych, ale powiadają, że „głupi ma szczęście” więc wszystko się zgadza. Ponieważ obiekt mojego zainteresowania po eksplozji uległ kompletnej destrukcji, trudno jest dzisiaj ustalić co to było i do którego zbrodniarza on należał. Myślę, że jest jednak pewna nadzieja, bo kawałek tej piekielnej maszyny noszę do dzisiaj w d… i nie mam nic przeciw temu, aby ktoś ciekawy wydobył to po mojej śmierci.

Takie to były czasy, że tego typu rzeczy, to były nasze najlepsze zabawki i wszyscy uznawaliśmy się za speców, ale to oczywiście gruba przesada, bo dawno już skonstatowałem, że to była zwykła dziecinada. Owszem, dość łatwo było odgadnąć co jest pociskiem, co kompletnym nabojem lub granatem, a co bombą lotniczą, ale trudniej było zgadnąć, co np. w takim pocisku siedzi, bo nam, głupim szczeniakom się wydawało, że każdy taki „żelazny czub”, to tylko odpowiednio zaostrzony stalowy walec. Zupełnie tragiczna była też nasza wiedza o najbardziej zdradzieckich pułapkach – minach, ale wracając do popularnych „czubów”, to były one łatwo dostępne i takim właśnie pociskiem (według starszych i mądrzejszych ruskim pociskiem czołgowym) dokonywaliśmy bombardowań mojego podwórka, z dachu przylegającego do domu budynku gospodarczego. Pocisk ten miał około 100 mm średnicy i dwa lub trzy (nie pamiętam dobrze) miedziane pierścienie prowadzące na obwodzie, a także dość głęboki otwór – około 100 x 30 mm w tylnej części korpusu. Otóż do tej właśnie dziury sypaliśmy popiół z pieca, taszczyliśmy po drabinie naszą improwizowana bombę na dach i bombardowaliśmy podwórko. Efekt był bardzo widowiskowy, bo po „wybuchu” ładnie się kurzyło.

Dzisiaj myślę, że przeżyliśmy bombardowanie tylko dlatego, że podwórko nie było wybrukowane… Kiedy byłem już większy i nauczyłem się jeździć rowerem (pierwsze takie próby robiło się „pod rurą – kto dzisiaj wie co to jest?) a wiosna skłaniała do aktywności, modne stawały się wyjazdy „na konwalie”. Konwalie rosły zaś tylko w jednym miejscu i to takim, które sąsiadowało z bombowym interesem znanego Adolfa, ale myśmy wtedy nie zapuszczali się w leśne dukty, bo najpiękniejsze i najbardziej wonne kwiatki, rosły tuż przy żwirowej wówczas szosie do N. Do stałego, acz głupiego rytuału należało wówczas odwiedzić i poklepać wielki pocisk, który leżał sobie tam właśnie w rowie (z pewnością był tam jeszcze w latach 60 - tych ubiegłego wieku) a miał on około 200 mm średnicy i ok. 60 cm długości. Pocisk, podobnie jak ruska (nasza) „bomba”, nie posiadał żadnego widocznego zapalnika i wydawał się nam zwykłą bryłą żelastwa. Dzisiaj wiem, że pociski artyleryjskie są często wyposażone w wewnętrzne zapalniki umiejscowione w tylnej części ich skorupy, która jest zalana trotylem, cóż, nie brzmi to nazbyt atrakcyjnie…

Póki co, piszę tutaj tylko o głupich „gzubach”, ale kiedy codziennie szedłem do szkoły, to zawsze mogłem sobie do woli popatrzeć na dwie spore bomby lotnicze ustawione pionowo przed domem sąsiada, które ten wkopał „ogonami” w ziemię pewnie po to, aby uatrakcyjnić monotonię ogródka pod swymi oknami. Pamiętam też sytuację, gdy elektryfikowaliśmy okolice lotniska Bednary, że inny oryginał miał tam… poidło dla krów uczynione z połówki wielkiej bomby ustawionej na dwóch drewnianych „kobyłkach”. W dolnej części jej skorupy, było jakieś aluminiowe ustrojstwo z obciętym zielonym kablem. Bombowy interes znanego Adolfa, znajdował się zaś w lesie i lepiej tam nie chodzić, bo zarówno po eksplozji w czasie samej wojny (podobno robota partyzantów) jak i po jej zakończeniu i planowym wysadzeniu magazynów, okoliczne lasy zostały tak posiane niebezpiecznym złomem, jak nie przymierzając rodzynki w świątecznym serniku.

Teren objęty widocznymi do dziś oznakami magazynowania tych niebezpiecznych koktajli jest ogromny, a jako materiał poglądowy załączam Państwu zdjęcie tego, co po wybuchu w jednym z bunkrów magazynu dla „Festung Posen” pozostało. Odwiedziłem to miejsce niedawno i stwierdziłem, że podniósł się tam wyraźnie poziom wód gruntowych, bo niektóre kratery po eksplozjach zamieniły się w spore stawy, spotkałem tam nawet trochę dzikie kaczki. Piszę że trochę dzikie, bo kiedy nadszedłem, to uciekały pieszo, a kiedy bywałem tam w ostatnich latach, to wielkie doły były całkiem suche. Teren magazynów jest bardzo rozległy i do dzisiaj daje się zobaczyć, jak wyglądał typowy schowek na amunicję. Poszczególne dziury są rozmieszczone zazwyczaj naprzemiennie, co kilkadziesiąt metrów od siebie i w bezpośredniej bliskości leśnych duktów. Każdy z magazynów posiadał dwa wejścia skierowane na wprost do drogi, ale były one rozstawione szerzej niż sam magazyn i każdy taki właz, po około 2metrach skręcał pod kątem prostym do samego bunkra. Stropy były z pewnością drewniane, chociaż nie ma dzisiaj po nich śladu, ale kiedyś znalazłem przy jednym z takich dołów sporą ilość charakterystycznych kwadratowych gwoździ dziesięciocalowych.

O innych znaleziskach pisał Państwu nie będę, bo to nazbyt rozrywkowy temat. Miejsce o którym piszę, było magazynem amunicji, w innym, niezbyt odległym, zmagazynowano bomby lotnicze co jest o tyle ciekawe, że w bezpośredniej bliskości nie było lotniska, ale najwidoczniej ówczesne samoloty nie potrzebowały betonowych pasów i dobrze było coś mieć pod ręką. Na koniec podam jeszcze jeden fakt z czasów, gdy trwała wojna i tego feralnego miejsca pilnowała niemiecka załoga. Otóż, kiedyś jednego z pilnujących magazyny wachmanów ktoś tam zaciukał i kiedy Niemcy wieźli nieboszczyka konnym wozem przez nasze miasto, to kazali mieszkańcom wyjść na ulice i odbierać tą ponurą defiladę. Jaki był tego cel? Tego to ja nie wiem, ale przypuszczam, że chodziło o danie sygnału miejscowym, że następnym razem to ich powiozą… Historię tą opowiadała wielokrotnie moja mama i uważam ją za bezsprzecznie prawdziwą. Każda wojna kończy się kiedyś pokojem, ale pokój na papierku, wcale nie oznacza świętego spokoju, a kiedy dzisiaj zdarzy mi się tam zabłądzić i patrzę na ogrom tego przedsięwzięcia, to zadaję sobie zawsze pytanie, czy człowiek jest istotnie istotą rozumną. Ale to już zagadnienie z zupełnie innego podwórka.

Szczepan Kropaczewski