Trzy czarownice spalone na stosie!
Dodane przez admin dnia Lipiec 30 2012 12:00:00
Wielu z nas doskonale zna pradawne historie czarownic, na które czekała szubienica bądź też spalenie na stosie. W Europie takich przykładów nie brakowało, czego dowodem jest XVII-wieczny proces trzech czarownic z niemieckiego miasta Grünberg (obecnie Zielona Góra), który został zaprezentowany w inscenizacji pt. „Winne” Teatru „Terminus a Quo” z Nowej Soli podczas drugiego dnia „Koronacji Królewskiej” w Gnieźnie.
Treść rozszerzona
Polowania na czarownice trwały od połowy XIV w. do połowy XVIII w. Ich wyjątkowy rozkwit nastąpił w połowie XV wieku, kiedy to papież Mikołaj V w liście do Hugunesa Lenoira, inkwizytora na Francję, przekazał inkwizycji prawo do zajmowania się wszystkimi przypadkami praktyk magicznych i czarów, nawet jeśli nie trąciły jawnie herezją. Do polowań na czarownice powołany został cały system prokuratorsko – śledczy oraz lekarski. Przyznanie się do winy było koronnym dowodem. Ponadto, ówczesne prawo zezwalało – dla wymuszenia zeznań – stosować w toku śledztwa cierpienia fizyczne.

Przykład XVII-wiecznego procesu czarownic z Grünberg został zaczerpnięty z miejscowej kroniki, w której pozostaje wiele niejasności. Wiemy jednak, że w owym czasie ofiarami były najczęściej kobiety, choć zdarzały się przypadki zabijania mężczyzn oskarżonych o czary. Wyrok był wydawany przez sąd, a w mieście Grünberg był zatwierdzany przez zakon jezuitów. Często bywało tak, że kobiety podejrzane o to, że są czarownicami, spełniały rolę „kozłów ofiarnych”, którym przypisywano winę za nieurodzaj, biedę, wojny i inne tragiczne wydarzenia.


Widowisko teatralne pt. „Winne” zostało raz kolejny zaprezentowane przez Teatr „Terminus a Quo” z Nowej Soli. Pierwsze zlecenie, aby zrobić takie przedstawienie, grupa Edwarda Gramonta otrzymała z Muzeum Ziemi Lubuskiej w Zielonej Górze. Czy zorganizowanie takiego widowiska było trudnym zadaniem? - Ten spektakl wymaga przemyśleń w bardzo wielu okolicznościach i płaszczyznach, żeby to było atrakcyjne i nie działo się w jednym miejscu. Ponadto, należy to dostosować do miejsca, w którym się gra – na szczęście w Gnieźnie nie mieliśmy z tym problemów – przyznaje Edward Gramont, dyrektor i założyciel Teatru „Terminus a Quo”. Inscenizacja, w której udział wzięło ponad 20 aktorów, odbywała się zarówno na naturalnej scenie na placu św. Wojciecha jak i na ołtarzu przed gnieźnieńską katedrą.

Kiedy grupa biesiadujących zauważyła czarownice, atmosfera radości i beztroski bezpowrotnie minęła. Zaczął panować powszechny zamęt, strach, krzyk i obwinianie czarownic. Aktorzy umiejętnie wchodzili w interakcje z publicznością, która była ostrzegana o rzekomym niebezpieczeństwie ze strony wiedźm. Po schwytaniu całej trójki, rozpoczął się „proces”, któremu przewodził prokurator stojący na podwyższeniu. Po serii pytań, jedna z czarownic przyznała się do obcowania z diabłem, a to oznaczało, że nastąpi tragiczny koniec dla wszystkich kobiet. Po ich spaleniu, nastąpiła symboliczna odmiana – kobiety przywdziały białe szaty oraz zostały polane wodą święconą.

Widowisko pozytywnie zaskoczyło publiczność niezwykłą ekspresją oraz wartką akcją, która odbywała się w różnych miejscach na Placu św. Wojciecha. Uczestnicy spektaklu, zwłaszcza ci, którzy wcielili się w postacie oskarżających, byli niezwykle wyraziści oraz przekonujący.

O sensie widowiska mówi jego autor, Edward Gramont. – Jest to taka refleksja na temat ludzkiej kondycji umysłowej i duchowej. Pokazujemy, jak kończyli w tamtym czasie ludzie o niewygodnych poglądach, zachowujący się inaczej.Wszystko to doprowadziło do swobodnego traktowania prawa, w ramach którego można było eliminować jednostki. Myślę, że sporym atutem inscenizacji była żywa interakcja między widzami i aktorami. I tak naprawdę ten podział był nieco rozmyty. Uwielbiam realizować takie spektakle! – stwierdza E. Gramont.

Paweł Brzeźniak